poniedziałek, 4 maja 2015

Co zrobić, żeby książki były tańsze i żeby było nas na nie stać

Głosować na kogokolwiek innego!


Chyba, że chcecie dalej oddawać rządowi ponad 40% zarobków, patrzeć jak VAT osiąga nowe pułapy wysokości i podoba się Wam, że ludzi nie stać na prowadzenie własnego biznesu - w tym wydawnictw literackich, a w Polsce nie da się wyżyć z pisania (i wielu innych normalnych rzeczy).

źródło zdjęcia: http://niewygodne.info.pl

sobota, 2 maja 2015

Religia masońska


Andrzej Zwoliński – Religia masońska
(M, Kraków 2014)

„Podstawowym symbolem iluminatów miała być piramida zakończona widzącym okiem (oko – symbol Horusa, boga starożytnych Egipcjan; piramida ma postać masońskiego trójkąta logicznego – wyraża materialistyczną zasadę dialektyki: teza – antyteza – synteza). Wokół piramidy dwa łacińskie zdania: „Annuit coeptis” („przedsięwzięcie odniesie skutek”) oraz „Novus ordo seclorum” (‘nowy porządek świata” – z brakującą w wyrazie seculorum literą, co oznacza okultystyczne odwrócenie porządku). Symbol ten stał się, od 1933 roku do dzisiaj, znakiem obecnym na dolarach amerykańskich. Najpopularniejszą liczbą na banknocie dolarowym jest 13: 13 warstw piramidy, 13 gwiazd, jagód, liści i strzał. W górnym prawym rogu banknotu małej wielkości sowa – ptak działający w nocą, symbol tajnego działania”.


Kolejna książka Zwolińskiego na moim skromnym blogu – jak każda poprzednia, warta przeczytania, a nawet zalecana do wpisania na osobistą listę lektur obowiązkowych. Nie jest to szczegółowa monografia tematu masońskiego, ale porcja najbardziej niezbędnej wiedzy, jaką każdy rozumny człowiek powinien posiadać. Gnoza, teorie spiskowe, wpływ na kulturę, satanizm masoński – wszystko to omówione w zgrabnych, skupionych jedynie na esencji problemu rozdziałach. Szczególnej uwadze polecam dwa pierwsze: „Kościół o masonerii” i „Masoneria o Kościele”.

sobota, 25 kwietnia 2015

Noc i ciemność



Agatha Christie – Noc i Ciemność
(Wydawnictwo Dolnośląskie, 2015)

Nie jest to typowy kryminał twórczyni Poirota, a raczej historia z zagadką. Biedny chłopak, bogata dziewczyna, ziemia obłożona klątwą i stara Cyganka, która wróży bohaterce wielkie niebezpieczeństwo. Czytałam, że kiedy powieść ukazała się w druku, Christie mocno zaskoczyła swych czytelników, serwując im zupełnie inny rodzaj kuchni niż ten, do jakiej zdążyli się przyzwyczaić. Niestety, co mogło zaskakiwać jej fanów wtedy, dzisiaj rozczarowuje – zakończenie można przewidzieć na długo nim dojdzie do morderstwa, a jeśli znacie „Zabójstwo Rogera Ackroyda”, to nie będziecie mieć żadnej przyjemności z rozwiązania intrygi. Do tego łopatologiczne powtarzanie przez Christie wersów piosenki mówiącej o tym, że jeden się rodzi do szczęścia, drugi do ciemności, jest tak irytujące, że dziwić się należy, iż ówczesny redaktor ostro nie zareagował na podobną miałkość narracyjną. Nie ma tu też napięcia i szukania rozwiązania zbrodni, niemal do końca mamy do czynienia z powieścią obyczajową o mezaliansie, której nie pomaga pozbawiony wszelkiego wdzięku główny bohater.

A plusy? Czyta się łatwo i bezboleśnie. Tyle.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Tajemnica żółtego pokoju


Gaston Leroux – Tajemnica żółtego pokoju
(Artus International, Łódź 1991)

Kryminał z 1907 r. okazał się dość irytującym dziełkiem dzięki manierze pisarskiej, a wszystko za sprawą przemądrzałego detektywa-dziennikarza, który, zamiast dzielić się swoją wiedzą, krzyczy: „Aha! Wszystko jasne!” i odchodzi, zostawiając czytelnika samemu sobie. Co prawda miłośnik kryminałów bez najmniejszego trudu odgadnie dlaczego po wtargnięciu do malutkiego, zamkniętego pokoju nie znaleziono w nim zbrodniarza, a tylko jego ofiarę, ale samo wyjaśnienie, jak dokładnie wszystko przebiegło, jest – przykro to mówić – żenująco naciągane. Nie mogę tu się pastwić nad szczegółami, żeby nie wyjawić za dużo, ale przynajmniej powiem tyle, że nie po to tyle razy starannie przeszukiwano pokój, by na koniec, jak gdyby nigdy nic, powiedzieć nam, że był jeszcze marmurowy stolik i przeoczona przez wszystkich krew!


Rozczarowanie.

środa, 1 kwietnia 2015

Kobiety Boga


Jacek Paweł Laskowski – Kobiety Boga
(AA, 2010)

Fajnie by było mieć dobrą książkę, która rzetelnie przedstawiłaby sylwetki chrześcijańskich mistyczek. Niestety, „Kobiety Boga” nie są taką książką z dwóch powodów.

Po pierwsze – są to raczej szkice refleksyjne niż prawdziwe, rzetelne, biograficzne przybliżenie postaci świętych kobiet, które dla przeciętnego czytelnika są ludźmi więcej niż obcymi. Nie wiem nic o św. Hildegardzie. Sprawdzam dwie pozycje z domowej biblioteki – „Żywoty świętych” i „Święci na każdy dzień”. Żadna z tych książek nie ma Hildegardy. Tym bardziej więc mnie irytuje, gdy czytam u Laskowskiego takie stwierdzenia, jak to o wybuchu osobowości świętej w czterdziestym trzecim roku życia. Powiedzenie, że „Hildegarda była inna! Całe jej późniejsze życie pokazuje, że charyzmat pustelnicy, charyzmat rekluzy – nie był jej charyzmatem”, w gruncie rzeczy nic nie znaczy, jeśli autor nie opowie mi jej historii, a ogranicza się jedynie do rzucenia paru przemyśleń na ten temat. Wystarczyłaby jedna strona suchego biogramu, by to zmienić, a tak muszę tylko ślepo wierzyć, że święta „była człowiekiem kontaktu z ludźmi”, bez wnikania, jakiego w ogóle rodzaju to były kontakty, bo Laskowski nie raczy tego wyjawić. Efekt jest taki, że po lekturze nie jestem w stanie powtórzyć innej osobie nic więcej o Hildegardzie poza tym, że jako dziewczynka chowała się z pustelnicą, a potem sama pustelnicą być przestała, no i że miała wizje. Był jakiś „przełom spełnienia”, ale jak on się objawił jej w życiu, pojęcia nie mam. Autor dobrze zna jej losy, więc może sobie rozmyślać nad nimi. Mnie tej opowieści nie chce przedstawić w żadnych konkretach i się tym nie przejmuje. Ja też mogę Wam powiedzieć, że życie pewnego X eksplodowało nagle łaską i po latach ascezy przeżył wybuch osobowości. Co Wam to dało? Przepraszam za kolokwializm, ale bez biogramów, bez konkretów historycznych ta ksiązka po prostu leży i kwiczy, przynajmniej dla mnie – nic z okładki nie zdradza nam, że musimy podchodzić do niej uzbrojeni w wiedzę zdobytą z innych źródeł. W to oraz w wiele, wiele cierpliwości, co kieruje nas do kwestii formy.

Bowiem drugi problem to język, który zdradza mi jakiegoś niespełnionego poetę. Czytało się ciężko – co rusz wyczuwałam ciągoty autora do przekształcenia szkicu w biały wiersz. Tak było przy Hildegardzie. Przy św. Gertrudzie pojawiła się Trudi i styl jak z pamiętnika nastolatki: „Kiedyś M. próbowała wytłumaczyć Trudi, że powinna czuwać nad zmysłami jak pasterz nad trzodą. Co za tekst! (…) Co za pasterz? Jaka trzoda? Litości!”, „Tak się nam jakoś porobiło, że już nawet do jej opisu Uczty u Najwyższego trudno się zbliżyć... Więc niech już lepiej zostanie, że zabrał ją do Siebie. Było Bosko”, „Przecież Bóg nie strzela po ludziach zgromadzonych w kościele z cekaemu miłości. (…) Bo kto by się chciał na taką jatkę wystawiać? ”. Przyznaję bez bicia, że drażniło mnie to niemożebnie i skutecznie zniechęciło do dokończenia lektury w najbliższym czasie.


Po dwóch z dwunastu mistyczek odkładam więc „Kobiety…” na półkę. Żałuję tym bardziej, że miałam niezwykle pozytywne nastawienie do lektury. Niestety, dwa pseuodoliterackie szkice bez cienia sumiennej biografii zmęczyły mnie ponad miarę.

czwartek, 19 marca 2015

Zacisze 13


Olga Rudnicka – Zacisze 13
(Prószyński i S-ka, 2009)

Jeżeli dostawaliście za wypracowania w szkole maksymalnie tróję na szynach, a marzy się Wam kariera pisarska, to prawdopodobnie Prószyński i S-ka to najlepszy adres, pod jaki możecie uderzyć. Niektórzy określają styl tej powieści jako grafomański, ale to spora przesada – grafoman mógłby nas zaskoczyć ekscentryczną fantazją, liryczną melodramatycznością albo chociaż zalewem pełnego ambicji ego. Tutaj mamy jedynie kiepskość. Proponuję dla eksperymentu wziąć sobie jakieś dziełko Agaty Christie i porównać z Rudnicką - wówczas zobaczymy banalnie proste zdania, które da się czytać, i banalnie proste zdania, których nie da się czytać. Forma może być prosta, ale nie toporna, sucha, chrzęszcząca w umyśle czytającego.

Niestety, nie mogę powiedzieć, jak sprawa ma się z fabułą. Nie udało mi się przebrnąć przez pierwsze strony tego literackiego żwiru.

wtorek, 24 lutego 2015

Jan XXIII. Wypróbowany święty


Jacek Święcicki – Jan XXIII. Wypróbowany święty
(WAM, Kraków 2014)

Cieszyłam się na tę lekturę, ponieważ niemal nic nie wiedziałam o życiu Jana XXIII. Niestety, mam wrażenie, że z dwóch biografii dostępnych w sklepie internetowym wybrałam chyba tę gorszą pozycję.

Co tu dużo kryć – książka jest słaba. Zaczyna się od dziwnej wizji heroicznej, atletycznej świętości, którą ponoć mają masy ludzkie (ja nie), a która ma zostać skonfrontowana z nieheroicznym życiem pokornego i cichego Angela Roncallego, znanego bardziej jako papież Jan XXIII. Przelatujemy przez jego biografię, uzupełnianą wtrętami z jego „Dziennika duszy” i listów, a potem dostajemy króciutką część o jego zasadach wiodących ku świętości.

Co najbardziej rzuca się w oczy to brak jakichkolwiek anegdot, z których najbardziej zasłynął papież, jak choćby mojej ulubionej, o tym, gdy do kobiety w bazylice, której na jego widok wyrwało się: „Ale gruby!”, powiedział: „To było konklawe, a nie wybory miss!”. Powiecie, że to jest książka o drodze do świętości, a ja powiem: „to czemu nie ukazujecie charakteru świętego? Czemu nie pokazujecie człowieka - całego człowieka, nie jego cień - który świętość osiągnął?”. Bez tych drobnych historyjek i dygresji obraz papieża robi się wyblakły, mdły i daleki – przecież on istotnie zadziwiał tym ludzi, że nie jest podobny do swego wzniosłego, pełnego sztywnej godności poprzednika i robi rzeczy niebywałe: żartuje ze swoimi gwardzistami, rozmawia ze staruszką ze swej wioski o sprawach najbardziej przyziemnych, ignorując jakieś urzędowe szychy, które muszą potulnie czekać w kolejce, itd. To trochę tak, jakby całkowicie pominąć, że św. Franciszek biegał po polach, krzycząc, że Miłość jest niekochana, albo przemilczeć papieskie kremówki bądź miłość do gór Karola Wojtyły.

Autor pisze, że papież był zdolny przekazywać ludziom pokój Boży „mimo ewidentnych niedoskonałości, które nie opuściły go do końca życia”. Zachodzę w głowę, co miał na myśli, bo aż do tego zdania z lektury wynikało, że właśnie brak tego, co ludzie sobie cenią, a więc sprytu politycznego, pewnej chytrości, przebiegłości, ambicji, zmysłu strategicznego, itd. wbrew ludzkiej logice działał cuda i zjednywał sobie Angelowi serca ludzi o przekonaniach i wierze nawet skrajnie dalekich od jego kredo. Jeśli autorowi chodziło o niedoskonałości duchowe z chrześcijańskiego punktu widzenia, to powinien wymienić o jakie, bo łakomstwo trudno naprawdę uznać za wielką wadę, nawet w surowym rozwoju duchowym (nie pamiętam, kto powiedział, że na ten grzech Bóg patrzy z dużą pobłażliwością).

Dalej autor, w wątku soborowym, pisze sobie beztrosko: „Dalsza historia Jana XXIII jest dobrze znana”. Otóż nie. Nie wiem, dlaczego autor uznał, że ludzie mają pokrętne wizje świętości, ale wszystko wiedzą o ostatnim soborze, ale tak nie jest. Nie wiedzą. Ani jak ważny to był sobór, ani dlaczego budził tyle kontrowersji i sprzeciwów, ani jak dokładnie przebiegał i co realnie nam dał. Tak, to jest materiał na zupełnie inną książkę, ALE jak się pisze o twórcy tego soboru, trudnościach, jakie z nim przeżywał i przesłaniu, jakie kierował do świata, to nie można traktować tego tak skrótowo, nawet jeśli z jakiegoś kompletnie niepojętego dla mnie powodu twierdzi się, że wiedza ta jest powszechna.


5/10