niedziela, 18 stycznia 2015

Inicjały zbrodni


Sophie Hannah – Inicjały zbrodni
(Wydawnictwo Literackie, 2014)

Jestem przeciwniczką rozmaitych kontynuacji dokonywanych po śmierci twórcy. Raz, że to zawsze rozmija się z oryginałem, i nigdy nie dostajemy tego, co polubiliśmy, dwa, skoro autorzy podejmujący się kontynuacji są tak genialni, jak nam się wmawia, to czemu nie stworzą nowych postaci, które pociągnęłyby ciężar własnych historii i zdobyły naszą sympatię?

Fakt, że nie mamy do czynienia z rzetelną kontynuacją stylu Christie rzuca się już na pierwszy rzut oka. Dzieła królowej kryminału są z reguły wydawane jako małe książeczki, dość cienkie, gdy ukazują się w formacie zeszytowym. „Inicjały…” to przy nich opasły kolos, zdradzający samą formą, że coś tu jest nie tak.

Christie była niezwykle oszczędna w opisywaniu postaci i miejsc, czasem nawet aż za bardzo, a jej bohaterowie byli dość papierowi, odznaczający się raczej szczególnymi rysami (ogromne wąsy Poirota, wtręty francuskie, zamiłowanie do porządku i symetrii) niż prawdziwą głębią psychologiczną. Nie o te sprawy jednak szło, lecz o ciekawą intrygę. Czyli zupełnie inaczej niż o Sophie Hannah, która zdaje się w ogóle nie dostrzegać, gdzie Christie była lapidarna i małomówna, a na co kładła nacisk.

Niepotrzebna rozwlekłość i szczegółowość, której Christie unikała, to jedno. Drugie to zmiana narracji – rzecz zupełnie nie w stylu twórczyni Poirota. Trzecie to sztuczny, zbyt mocno odrysowany detektyw z Belgii. Czwarte, i chyba najgorsze, to straszliwie irytujący bohater w postaci inspektora Catchpoola. Ma traumy z dzieciństwa, które co rusz go paraliżują, jest skoncentrowany na sobie, zamiast na sprawie, a co więcej – nie za bardzo nawet chce rozmawiać z Poirotem, by rozwikłać intrygę (Poirot, Poirot, przestań mi mówić o ciałach i krwi, to takie niemiłe! Nie widzisz, że usiłuję ułożyć krzyżówkę?!)! Zwłok się brzydzi, mdli go na widok denata i nie chce go bliżej badać, a sama zbrodnia i uwagi genialnego belgijskiego detektywa najwyraźniej nudzą go bardziej niż siedzenie w poczekalni u dentysty. Gdzie u Christie można znaleźć równie idiotyczny pomysł na postać?! Już nawet ukryty, z nagła objawiony talent brzuchomówczy panny Marple, bez którego nie rozwiązałaby pewnej sprawy, nie wydawał się równie kretyński. Nie, postacie u Christie czasem były płaskie, rozwiązania czasem naciągane, ale tak okrutnie miernego, drażniącego głównego bohatera nigdy by nie stworzyła.

No i jest jeszcze zbrodnia. Nie znajduję dla niej innych słów niż „niesamowicie wydumana”. Po prawdzie, jest tak sztuczna w swej złożoności, że miałam ochotę złapać żyletkę i wydrapać nazwisko Christie z okładki. Szczęście, że książka nie była moja, więc nie obawiałam się, że jej widok będzie mnie na przyszłość irytował. Ale powiedzieć to trzeba - podpisywanie żenady pani Hannah nazwiskiem świętej pamięci pisarki, które wyeksponowano niby sztandar zwołujący tłumy, uważam za obrazę dla twórczyni Poirota i zwykłą próbę zarobienia na sentymencie fanów, bez liczenia się z oryginalnym materiałem i stylem królowej kryminałów, który rzekomo im się oferuje. Wątek z obrazem jest absurdalny, natomiast waga każdego słowa – zasłyszanego przez kelnera jednym uchem, a traktowana jak rzetelny stenogram sądowy – to groteskowa parodia znaczenia szczegółów u Christie. Nudna jak flaki z olejem narracja, nieprzeciętnie irytujący bohater o zaskakująco niskim poziomie inteligencji, stanowczo przekombinowana, szyta grubymi nićmi intryga, irracjonalne wątki – to ma być kontynuacja przygód Poirota warta 40 złotych? Wolne żarty!

Przypomniał mi się za to dialog z serialu „Poirot” z genialnym Davidem Suchetem. Aktorka występująca w nędznej kryminalnej sztuce zapytała małego Belga:
- Zapewne odkrył pan mordercę już przed drugą przerwą?
Na co on odparł z uśmiechem:
- Wręcz przeciwnie, droga pani. Przestało mnie to zajmować jeszcze przed pierwszą przerwą.

Dokładnie tak ma się sprawa z „Inicjałami zbrodni” – prawdziwy fan Christie straci nadzieję już po pierwszych stronach.

Nie polecam!!



czwartek, 15 stycznia 2015

Życie snem


Pedro Calderon de la Barca – Życie snem
(wolnelektury.pl)

Król Polski, Bazyli, wyczytuje z  gwiazd, że jego następca będzie tyranem i przelewającym krew despotą. Nowo narodzone dziecko nakazuje więc chować w wieży, trzymając syna w kajdanach i skórach zwierzęcych, z dala od świata i od samego siebie. Pewnego dnia postanawia jednak poddać dorosłego potomka próbie – każe go uśpić narkotykiem i przenieść do pałacu, gdzie zostaje mu oznajmione, iż jest władcą kraju. Jeżeli książę Zygmunt nie okaże się człowiekiem rozumnym i łagodnym, zostanie na powrót wtrącony do wieży, zaś jego strażnik powie mu, że całe zajście było jedynie snem.

Przesłanie dziełka jest jasne – życie jest jak sen: ulotne, krótkie, pełne złudzeń, szukajmy tedy rzeczy wiecznych: dobra i szlachetności. Szkoda tylko, że nijak nie potrafię pojąć argumentów bohatera. Myśli, że zabił człowieka we śnie i przebudził się do życia w więzieniu. Potem znów myśli, że śni, i DLATEGO właśnie, że śni, postanawia tym razem postępować w swym śnie szlachetnie i tym samym uniknąć okrutnego przebudzenia. Autorowi chodzi być może o to, że po owym życiu tak podobnym do snu możemy przebudzić się do wiecznego piekła, lepiej więc być dobrym (brzmi to jak niepotrzebnie zapętlony zakład Pascala). Ale jak to logicznie wyłożyć w podobnej fabule? Czyżby Zygmunt nigdy wcześniej nie miał snów i stąd nie potrafi dostrzec, że czyny we śnie – jak dotąd - nie dawały konsekwencji po przebudzeniu? Że złe we śnie postępowanie nie przekłada się na stan rzeczywistości? Czy nie miał dobrych snów, po których budził się, przypominając sobie, że jest więźniem niewinnie męczonym? Skąd wniosek, że dobre czyny przedłużają miły sen? Wreszcie – jeśli życie jest tylko „cieniem, majakiem, rojeniem”, na czym osadzić moralność? Skoro „szczęście mija jak we śnie”, po cóż ktoś miałby unikać marnych pokus i nie dogadzać swoim żądzom?

Wbrew interpretatorom dziełka, którzy jeszcze bardziej mącą, podważając wszystko, co się da (np. dodając w adaptacji teatralnej postać, której owa sztuka jedynie się śni), główna myśl pozostaje klarowna: idzie o wieczne szczęście, o które winniśmy się starać dobrymi czynami. Niestety, użycie tematu snu nie było doprawdy najlepszym pomysłem – raz, że cała logika Zygmunta mocno kuleje i w końcu, zamiast prawd rozumu, kieruje się on przeczuciem istnienia wyroków wieczności i lękiem przed przebudzeniem, dwa, że – jak to pokazują przykłady różnych adaptacji i analiz, ludzie skupiają się na niemożliwości dowiedzenia, że życie nie jest w istocie snem. A przecież Zygmunt mówi:
Mistrzem mi — senne marzenie.
Trwoga, by w marzeń przemianach
W czarnych nie ujrzeć się ścianach,
Czucie zdobyte boleśnie,
Że szczęście mija jak we śnie,
Wnętrzna potrzeba, by w wieczną
Drogę, gdzie niebios wyżyny,
Sen dał nam prawdę stateczną
Ku trwałej życia nauce:
By darowano nam winy,
Jak błędy przebaczą w tej sztuce. „


Obawiam się, że Barca nie przewidział w istocie, że odbiorcy i twórcy teatralni bardziej będą zainteresowani śnieniem właśnie, mąceniem i podważaniem realności istnienia, niż szukaniem prawdy i odpowiedzi. Niemniej, książeczka jest ciekawa – warto się z nią zapoznać.

wtorek, 2 grudnia 2014

Mapy twoich myśli


Tony Buzan – Mapy twoich myśli
(Aha!, Łódź 2014)

Mapy myśli najprościej można opisać jako sposób notowania przy użyciu minimalnej liczby słów połączonych z kolorami i obrazkami. Wierzę, że ta metoda pomaga się uczyć, gdyż wiem, że mózg najlepiej zapamiętuje nie rzeczy jako takie, ale ciągi skojarzeń między nimi. Gdy więc chcemy np. zapamiętać dłuższy numer, powinniśmy skojarzyć go z jakimiś rzeczami albo wręcz zastąpić liczby obrazami. Dodajmy do tego twórczy wysiłek, a pamięć zacznie działać na zasadzie „dlaczego, robiąc notatkę, rysowałem akurat kwiatek? A! No tak!”.

Gdybym była teraz w podstawówce czy liceum, na pewno korzystałabym z tego sposobu notowania, zwłaszcza jeśli idzie o robienie notatek z książek. Autor, twórca metody, odpływa jednak daleko na falach optymizmu, uważając, że jego patent zrewolucjonizuje nie tylko system nauczania, ale i cały świat w ogóle. Gruba przesada. Pomijając koszmarną wizję przyszłego globalnego mózgu (!), wprost z taniego science-fiction, nie sądzę, by ten wynalazek naprawdę sprawdzał się do autoanalizy czy prowadzenia dziennika. Obrazki zamiast słów? Nie, dziękuję – cieszę się, że Lechoń pisał swoje dzienniki tradycyjnie.


Nie przekonuje mnie też użycie map myśli do tworzenia nowych koncepcji. Mam pewien pomysł, który chcę rozwinąć, ale stworzenie mapy myśli nie dało wcale lepszych rezultatów od spisania go w punktach na kartce – wręcz przeciwnie, wszystko, co już miałam, powtórzyło się (a kartka zachowuje większą klarowność i może być również odczytana przez innych). Wbrew zapewnieniom autora nie doświadczyłam tryskających fontann pomysłów i nieograniczonych ciągów skojarzeń. Pomysł, dość określony, ale pozostający w stagnacji, nie ruszył ani o milimetr. Może luźne, niczym nieskrępowanie notowanie, mini burza mózgu, działa jedynie wtedy, kiedy dobrze się nie wie, czego się chce? W takim razie mało to przydatne. Ogólnie niewiele tu treści w zestawieniu z ceną książki, a i klarowności czasem brakuje. Wolałabym, żeby poradnik pokazywał mi „jak”, a nie przekonywał co chwila, aż do znudzenia, jak wspaniałe korzyści da mi dana metoda. Ogólnie tytuł rozczarowuje.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Słówko o promowaniu książek

Widziałam zapowiedź nowego programu o książkach w TVP2. Brzmiała ona: „Będziemy prezentować książki znajdujące się na listach bestsellerów i te najbardziej promowane”. Ręce mi opadły. Niszowe książki, debiuty pozbawione wielkiego marketingu, pozycje ciekawe, ale niereklamowane z góry zostają więc skreślone, a my, czytelnicy, otrzymujemy KOLEJNĄ porcję promocyjnej papki dla produktów (!), które już promocję i tak mają.


Ciekawe, że nawet media niezależne, które usiłują przekazywać przemilczaną przez mainstream prawdę (która stacja nadawała posiedzenie parlamentarnego zespołu ds. wolności słowa w sprawie zatrzymania dziennikarzy? http://vod.gazetapolska.pl/8632-parlamentarny-zespol-ds-obrony-wolnosci-slowa) idą podobnym torem. Telewizja Republika na ten przykład promuje Ćwieka, Orbitowskiego, Kossakowską czy Jadowską, czyli ludzi, którzy nie potrzebują nagłaśniania, i tak wszędzie człowiek natyka się na nich, nawet jeśli nie chce. Myślałam, że chociaż tam pochylą się nad ciekawymi debiutami albo książkami, które przeciętny konsument nie ma szans dostrzec, jak igły w stogu bestsellerowego siana, ale nie – nie wydaje się, by którykolwiek z redaktorów był tym zainteresowany.

czwartek, 13 listopada 2014

FIFA Mafia


Thomas Kistner – FIFA Mafia
(SQN, Kraków 2014)

Kurczę, czasem sobie myślę, że pewnego dnia zostanę bez butów… i bez jedzenia. Tyle firm muszę z przyczyn moralnych bojkotować. Mercedes produkuje zakazane w Europie inteligentne miny (bardzo wredna broń) w krajach Trzeciego Świata, Chiquita łamie prawa człowieka na swoich plantacjach, Pepsi wykorzystywało konserwant oparty na białku z  komórek martwych dzieci (zainteresowanych zachęcam do szukania informacji pod hasłem „Pepsi Senomyx”), Coca-cola jest zamieszana w niewyjaśnione zabójstwa członków związków zawodowych w Kolumbii, Empik wybiera na swe twarze specjalistę od darcia mordy i Biblii oraz kobietę, która co rusz chwali się, że zabiła swoje dzieci, Red Bull wypromował się na śmierci wielu sportowców i szantażowaniu ich rodzin, przez co do dziś ze łzami w oczach (to nie przenośnia) odmawiają rozmów z prasą… Teraz jeszcze dowiedziałam się, że to właściciel firmy Adidas uczynił z Fify rodzinę mafijną.

Chociaż FIFA wydaje się czymś śmielszym i bezczelniejszym niż mafia. W końcu casa nostra nigdy chyba nie naciskałaby wprost na rząd, by zniósł ustawę przeciwdziałającą praniu brudnych pieniędzy. A tego, jak dowiadujemy się z książki Kistnera, domagała się właśnie FIFA w razie przyznania Anglii organizacji Mistrzostw Świata w 2018. Anglia jednak praw nie dostała i sprawa wypłynęła. Pytanie – dlaczego nikt o tym głośno nie brzmi? Bo jest to jedna z niezliczonych afer Fify, nie pierwsza ani nie ostatnia. Nikt samotnie nie wystąpi przeciw organizacji, przed którą płaszczą się politycy wszystkich krajów. Jeżeli możni zginają się w pokłonach, co mają robić maluczcy? Zresztą, kto będzie miał odwagę, wiedząc, że paru dziennikarzy zajmujących się korupcją w federacji afrykańskiej przepłaciło dążenie do prawdy życiem. Skala przekrętów i szachrajstw jeży włosy na głowie, ale najgorszy jest fakt, że afery te są znane zarówno w świecie sportowym, dziennikarskim i  politycznym, a mimo że sprawy te od czasu do czasu dochodzą aż do sądu, wymiar sprawiedliwości okazuje się nadnaturalnie łaskawy i kompletnie niedociekliwy, gdy idzie o znikanie gigantycznych sum pieniędzy i niemal jawne rozdawanie łapówek. Owszem, chyba nikt nie łudził się, że FIFA jest organizacją, dla której moralność coś znaczy (utrzymanie organizacji mistrzostw dla Rosji napadającej Ukrainę i Kataru, gdzie zmusza się robotników do pracy w nieludzkich warunkach, wybitnie tego dowodzi), ale że bezkarnie mogą uchodzić tak wielkie przekręty na tak niewyobrażalne dla zwykłego śmiertelnika sumy, to się normalnemu człowiekowi nie mieści w głowie. W Fifie można wszystko – powodować niemal tragiczny w skutkach wypadek drogowy (w Szwajcarii, gdzie za wykroczenia drogowe każe się najdrożej!) i skończyć sprawę na maluteńkiej grzywnie (przy czynnej pomocy policji w zatajaniu danych osobowych sprawcy – prezydenta FIFA), wpłacać milion dolarów na konto jedenastoletniej córki kontrahenta, tracić w tajemniczych okolicznościach setki milionów dolarów, przeprowadzać dziwne przetargi, obsadzać podejrzanych ludzi na ważnych stanowiskach, pozwalać im doprowadzać do katastrof finansowych i bezczelnie ignorować wszelkie zapytania na ten temat, a do tego mieć ważne osobistości Interpolu za swych pracowników (!). Mafia? Nie ma przesady w tym słowie.


Niestety, autor zbłaźnił się straszliwie, pisząc, że Opus Dei jest organizacją tajną i reakcyjną (mamma mia!). Pomyślałby ktoś, że jak się pisze literaturę faktu, to wypada opierać się na faktach właśnie, a nie na żenadach i kłamstwach spłodzonych przez Dana Browna (przy okazji polecam „Oszustwo kodu Leonarda da Vinci”).

poniedziałek, 10 listopada 2014

Wesele Figara

Pierre Augustin Caron de Beaumarchais – “Wesele Figara”
(wolnelektury.pl)

Figaro, sługa hrabiego, ma żenić się z pokojówką Zuzanną. Ale hrabia, pies na baby, zgodnie ze zwyczajem dawnego feudała, żąda prawa „pierwszej nocy”. Figaro wraz z ukochaną obmyśla więc intrygę, która zapobiegnie planom ich pana.

„Wesele Figara” zrewolucjonizowało teatr, jest to sztuka ze wszech miar genialna i niepowtarzalna. Tak mówią. Tyle, że ja tego nie widzę. Sam tłumacz, Boy-Żeleński, pisze we wstępie: „Uderzające jest, ile wad i nieprawdopodobieństw wykazuje ta sztuka wzięta pod skalpel krytycznej analizy. Zdaniem Sainte-Beuve'a akcja łamie się w akcie III, w dość niesmacznej sentymentalnej scenie, gdy Marcelina poznaje w Figarze własnego syna. Sarcey zwraca uwagę, jak logicznie słabo nakreślona jest rola samego Figara: ma on pozory niespożytej czynności, a właściwie nie robi nic, wszystkie jego intrygi okazują się zawodne lub bezużyteczne, nic z tego, co przewiduje, się nie sprawdza, a wszystko robią inni lub przypadek.” Od siebie dodać mogę, że komedia owa jest zaskakująco nudna (najciekawszy jest właśnie wstęp tłumacza). Ze wszystkich sztuk scenicznych, jakie dane mi było przeczytać, ta okazała się najlichszą. Czyż mamy tu do czynienia z dziełem, które olśniewa na deskach teatru, ale poza nim traci cały swój urok? Możliwe. Tego nie będzie dane mi sprawdzić. Jedyne, co mogę stwierdzić, to fakt, że lektura nużyła mnie, i to bardzo. Wiem, że utwór jest z innej epoki (która – tak apropos - winna nazywać się Zaciemnieniem), a gusta są rozmaite, ale naprawdę ciężko mi pojąć, co ma być śmiesznego w pięknym jak dziewczyna trzynastolatku, który lata za każdą spódniczką, niezależnie czy to młodziutka służka, czy pani hrabina, albo że hrabia zaleca się do żony, biorąc ją mylnie za kochankę... a za swoją (kolejną!) niewierność nie zostanie w żaden istotny sposób ukarany.


Doceniam pomysł i intencje autora, ganiącego nadużycia i hipokryzję arystokracji (w tym niesprawiedliwe traktowanie kobiet) – sługa śmie bronić narzeczonej przed wszechmocnym panem, i to nie za pomocą sztyletu i przelewu krwi, głosząc patetyczny poemat nad ciałem zmarłego (który, by publiczność dworska się nie burzyła, musiałby okazać się tyranem dręczącym lud, przynoszącym ujmę arystokracji), ale dzięki intryżce, na końcu której służba jedynie pochichocze nad zakusami hrabiego. Natomiast myli się sam autor, i to myli się straszliwie, nazywając Figara „arcywygą”, bo wychodzi z owego rzekomego spryciarza, wbrew intencjom twórcy, jedynie pozorant, który w istocie nie panuje nad akcją zdarzeń i omal sam, przez pomyłkę, nie daje się ponieść zazdrości. Owszem, potrafi się wykazać celną ripostą, ale na tym kończą się jego talenty w „Weselu…”. Pod koniec jedna z bohaterek śpiewa do publiczności, by wybaczyła: „rozsądku zgrzyt”. Niestety, nie mogę – wpierw musiałabym się choć odrobinę bawić.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Władca Much


William Golding – Władca Much
(Czytelnik, 1999)

Jeżeli ktoś twierdzi, że dzieci są wolne od pierwiastka zła, żyje w niebezpiecznym, trudnym do wyjaśnienia odrealnieniu (no, ale w końcu – i niestety nie jest to przesadą - mamy czasy przeraźliwego upadku intelektualnego). Straszliwy gniew i agresję można dojrzeć nawet u niemowląt (patrz np.: „Wyznania” św. Augustyna), nie trzeba też znać przypadków niesamowitych okrucieństw dzieci żołnierzy, by zdawać sobie sprawę z samego potencjału zła, jaki czasem przejawia się w męczeniu małych zwierzątek, rozgniataniu owadów i zwykłej bezmyślności. Na fakcie że każdy, absolutnie każdy, zdolny jest do najgorszego, a dziecko pozbawione władzy dorosłego może zmienić się w bestię bazował chociażby „Wielki Północny Ocean”. Był to również jeden z powodów, dla których Golding nie mógł znaleźć wydawcy – realizm i związana z nim gorycz.

Powieści przygodowe były z reguły optymistyczne – nawet jeżeli występowali w nich młodziutcy, naiwni bohaterowie, prezentowały tryumf cywilizacji i moralności. Nic dziwnego, że gdy Golding przyszedł z jakże prawdziwym przesłaniem: „zostaw dzieci same, a najpewniej pozabijają się”, wydawcy mogli czuć słuszną obawę o wyniki sprzedaży książki. Muszę przyznać, że trochę ich rozumiem, chociaż nie ma to absolutnie związku z główną myślą powieści.

Dzieło Goldinga zaliczam do tych utworów, o których lepiej się pisze i dyskutuje, niż które się faktycznie czyta. Bo chociaż niezmiernie podoba mi się pomysł – wyspa, chłopcy, władca much (Belzebub), zabawa, nad którą nie panuje dojrzały umysł, owocująca strachem, agresją i przemocą, niezdolność do wypełnienia najprostszych, najniezbędniejszych rzeczy (utrzymanie ognia) – to jednak, choć to przecież mała książeczka, czytało mi się drętwo i nie potrafiłam wykrzesać w sobie dostatecznego zainteresowania bohaterami i ich losem. Styl? Nic specjalnego, czasem zdawał mi się zbyt suchy i prosty, ocierający się wręcz o prostactwo (zwłaszcza w naprawdę niepotrzebnym zdaniu: „płakał nad kresem niewinności, ciemnotą ludzkich serc i upadkiem w przepaść szczerego, mądrego przyjaciela”). Postaci? Dzieciaki – nie spodziewałam się po nich niczego więcej, niczego mniej. Gdybym była redaktorem, miałabym wiele uwag do autora, np: tutaj za mała klarowność, tutaj za mało liryzmu, jak na rozkwitający obłęd, zaś rozmowa z oficerem na końcu, choć krótka, zupełnie do wyrzucenia - niszczy piorunujące wrażenie, jakim mogłoby być samo zjawienie się mężczyzny. Czuję się, jak osoba zachwycona szkicem, podniecającym wyobraźnię, która, po ukończeniu obrazu, odczuwa rozgoryczenie, że rezultaty mijają się z jej estetycznymi oczekiwaniami. Szkic potrafi bowiem wywołać wrażenie głębi i przestrzeni. I to bardzo niemiłe widzieć potem jedynie płaskie kolory.

Uważam, że Golding był technicznie za słaby, by wykorzystać potencjał pomysłu. Stąd, jak mi się zdaje, brak cytowania powieści w innych dziełach literackich, pomimo jej rzekomej wielkości i doniosłości. Ponieważ jednak pomysł jest tak dobry, chór pewnych siebie głosów dalej będzie wychwalał książeczkę pod niebiosa, nazywając ją arcydziełem. Ja do nich, niestety, dołączyć nie mogę.


***
P.S. Istnieje książka zwana japońskim „Władcą Much”, czyli „Zerwać pąki, zabić dzieci”, jednak jest to zdecydowanie przesadzone porównanie.
Co o niej myślę? Po paru latach, jakie minęły od jej przeczytania – a miałam wobec tej lektury ogromne nadzieje i rozbudzony dobrymi opiniami apetyt – pamiętam tylko jedną rzecz: scenę wspólnej masturbacji żołnierza i dziecka. Nic więcej. Ani treści, ani języka, ani nastroju. Dlatego nie polecam.